Przez zawirowania biletowe i rozmytą odpowiedzialność, kto za co odpowiada w
ostatnim hotelu przyszlo nam jechać pociągiem w dzień. Jak się okazało nie było tak źle, bo pociąg o dziwo był pusty i mogliśmy się wyciągnąć na naszych siedzeniach. Tereny to pustynne więc najpierw w ruch poszły mokre chusteczki, żeby warstwę kurzu zetrzeć. Na dworcu czekał na nas Abhi ze swoim kuzynem. Wiedzielismy, że czlowiek nas goszczący ma 16 lat i prowadzi couch surfing ze swoim 10 letnim bratem. Dopytywaliśmy poprzednich gości bo ten ich wiek nas troche przerażał. Dokładnie tak jak wszyscy nam pisali – chłopaki jak na swój wiek są bardzo dojrzali i odpowiedzialni. Zaprowadzili nas najpierw do hotelu swojego wujka, który znajduje się w pobliżu stacji kolejowej i ich domu. Po odpoczynku krótkim przyszedł młodszy z chłopaków – Abhishake. To on zajmuje się całą stroną formalną w hotelu. Przyniósł formularze meldunkowe, zrobił kopie paszportów. Chłopaki kolekcjonują monety i banknoty – o czym byliśmy uprzedzeni przez innych u nich goszczących. Dostali całe pudełko monet i banknotów od nas. Poszliśmy do nich do domu i tam poznaliśmy ich mamę. Naprawdę wielką przyjemność przez cały pobyt w Bikanerze sprawiało nam obserwowanie, jak bracia do siebie się odnoszą i do mamy. Są bardzo ciepła, kochającą się rodziną. Nie poznalismy tylko taty. Mama chłopaków zapowiedziałą kolację, zatem odrazu ruszylismy przed nią na zwiedzanie kilku świątyń bo właśnie był już zachód słońca. Na małej przestrzeni znajduje się kilka przepieknych świątyń. Można się pogubić w zwyczajach – wszędzie buty należy zdjąć, ale w jednej nie można skarpet mieć, w innej pasków, wody, a w innej robić zdjęć. Mamy jednak przewodnika, który szalał jak to dzieciak po światynnych dziedzińcach co i nam się udzieliło. Każdy dzwon musiał być zaliczony. On z rozbiegu bo mały i musiał doskoczyć, żeby w nie uderzyć. My mieliśmy je na wyciagnięcie ręki. Chłopaki ustalili, że dziś młodszy nas oprowadza, a jutro starszy zabierze nas do świątyni szczurów.
Zapadał wieczór, trwały modlitwy i śpiewy. Miasto nadal oświetlone było setkami oliwnych lampek. Jadąc w rikszą rozmawialiśmy o tym, że to miasto ma jakiś czar i warte było przyjechania. Czekała nas jeszcze rodzinna kolacja. Ludzie którzy nas zaprosili żyją skromnie, ale była to doskonała okazja do poznania prawdziwych Indii. Dla chłopaków były cukierki i inne gadżety ze Szkocji a dla pani domu maślane ciasteczka rodem z Edynburga. Na łóżkach chłopaków wylądowała gazeta, która robiła za obrus, a my wszyscy siedliśmy dookoła. Ojciec był zajęty ale była za to chyba jakaś ciotka. Jedzenie było pyszne i tradycyjne w tej części Indii. Oczywiście nie zabrakło słodkości na koniec. Jeszcze moglibyśmy siedzieć, ale oczy się nam już zamykały ze zmęczenia.
Rano ze starszym z chłopaków pojechaliśmy do Deshnok – 32 km od Bikaneru. Dojechaliśmy tam pociagiem, ale jeżdżą też tam autobusy. Znajduje się tam słynna świątynia szczurów, którą chieliśmy zobaczyć. Po 30 minutach jazdy pociagiem, zanim weszliśmy na teren świątyni poszlismy zjeść śniadanie. Dobrze, że był Abhi bo menu nie było w j. angielskim. Dzięki niemu zjedliśmy pyszne pao baji. Jak się okazało światynia była obok. Dla bojących się chodzenia bosą stopą po odchodach szczurów, gołebi i resztkach jedzenia dla nich jest dobra wiadomość. Za drobną opłata dla pilnujących obuwia rozdawane są czyste pokrowce na stopy. Uzbrojeni w te atrybuty tak ważne dla zachodniego gatunku ludzi ruszyliśmy przez bramę do światyni. Już sama brama imponująca. Niektórzy porównują jej zdobienia do tej z Taj Mahal. Zobaczymy wkrótce. Dalej już dziedziniec i szczuryyyyyyyyyyyyyyyyy. Małe, duże, szybkie, powolne. Nie zainteresowane ludźmi zbytnio i przyzwyczajone zapewne do tłumów. Stadami siadały przy misach z wodą i mlekiem. Niektórzy też sypali im jakieś pyszności. Liczba ich jednak nie była tak powalająca jak sobie wyobrażałem. Sądziłem, że będą się aż kłębić. Białego szczura, który przynosi szczęście niestety nie spotkaliśmy.
Droga powrotna w ciasnym autobusie z tłumem ludzi była mało przyjemna, ale mieliśmy miejsca siedzące. Przyglądanie się tłumu nam i komentowanie każdego naszego ruchu, przestało nam już dawno przeszkadzać. W tym kraju jeśli ktokolwiek chiałby poczuć trochę prywatności np. przy bankomacie, sprawdzając stronę internetową może być dalece rozczarowany. Nie wiem jak tłumaczyć to ich przyglądanie się i komentowanie – bo to bez wątpienia się odbywa. Cały tłum nagle wybucha śmiechem jak jeden z nich wskazujac na nas palcami coś mówi. Może ciekawością? Kiedy to zaczyna wkurzać to przechlapane bo jak dotąd nie uciekliśmy od tych spojrzeń.
Po dojechaniu poszliśmy do fortu. Tu naprawdę miła niespodzianka. Fort naprawdę piękny i mało turystów. Wspaniale dekorowane wnętrza – chyba najlepsze jak dotąd. To jedno z miejsc obowiązkowych w Bikanerze. Po kilku godzinach ruszyliśmy pieszo do domu przez miasto. Potem tylko odpoczynek, obiadek i ruszyliśmy koło 21 na autobus do Jaisalmeru. Dostaliśmy miejsca leżące. Autobus ma jakby 2 poziomy: po jednej stronie są 2 fotele a po drugiej 1 fotel. Nad nimi sa zamykane – zasuwane kabiny 2 lub 1 osobowe z materacami. Można się do nich dostać po drabinkach. Oczywiście te leżące są nieco droższe, ale można się wyspać i nawet plecaki się z nami zmieściły.
Zatem żegnaj Bikanerze i w nocną drogę do krainy rodem z Baśni z tysiąca i jednej nocy…
m.


