Kuba…

9 08 2009

Co to był za wieczór…

Krzysztof O. w miejscowej społeczności – przybyłej z nad Wisły – uważany jest za kogoś, kto potrafi przez życie kroczyć dobrze się bawiąc. Wysłał kilka dni temu tajemniczego sms-a: ” Salsa, rumba – mówi ci to coś”? Idziecie? Bynajmniej nie chodziło o nadzienie do papryki, czy sosy do doritos (takie miejscowe chipsy). Okazało się, że tą krótką wiadomością roztoczył przed nami wizję wspaniałego wieczoru w rytmach rumby!

No tak mamy w końcu w Edynburgu Fringe Festival!!! Nareszcie całe miasto bawi się, nie tylko w objazdach bo robią tramwaj (tfuuu! na psa urok!). Krzysztof O. zawsze miał dobry gust i trafiał w najdelikatniejsze podniebienia godne wrażeń. To zapewne po nieboszczce cioci Basi, która potrafiła za pożyczone pieniądze wydać bal dobroczynny, aby się pokazać i zabawić.

Tak wiec stało się i zawitaliśmy na: Havana Rumba! – The Hottest Cuban Salsa Party in Town!

Hmmm… to było 2 godziny znakomitej zabawy w kubańskich rytmach! Nogi same chodziły, biodra się poruszały w fotelach – nie wiem czy po festiwalu nie będą musieli wymienić na tej sali siedzeń bo zapewne tacy jak my “rozklekoczą” je na amen. Ale na siedząco to można tylko… Zatem pod koniec, tłum wstał i porwani zostaliśmy do tańców, wywijania biodrami i czym kto miał w zależności od płci i upodobania. Oczom nie wierzyłem – bo świat mi zawirował -jak na scenę wciągali wieloryba! Potem się okazało, że to kobieta z tłumu co chciała na scenie powywijać biodrami…

Szaleństwo trwało dobre 20 minut, ale nastał koniec i większość schorowanej szkockiej widowni (no my też) udaliśmy się po pomoc do ortopedy. Miałem wrażenie, że mój kręgosłup został przestawiony, a tyłek idzie kilka metrów z przodu…

Krzysztofie O. nie zapomnimy ci tego!

m.





na imię mu Oban…

1 08 2009

Długo się wybieraliśmy do naszych starych znajomych i w końcu się udało, a to taki mały wyjazd na drugie wybrzeże. Po raz kolejny zachwycały mnie góry, jeziora, krowy z futrem do ziemi, mgły nad polanami… nie zachwycał mnie brak słońca i deszcz – choć chyba przez 3 lata można bylo przywyknąć:) Lało, a im blizej celu tym chmury były niżej.

Kawusia, ciasteczka, ploteczki o dawnych czasach więc jak przystało na 1 sierpnia – Dzień Kombatanta. Wspominaniu nie było końca. A potem zjedliśmy jelenia – Jezuniu jaki on dobry! Tylko Małgorzata wolała tradycyjnie i pożarla jakieś ptaszysko, znaczy sie kurę. A deszcz padał, padał i padał… Nie powstrzymało nas to jednak przed małym spacerem przez miasto. Musieliśmy uwierzyć na słowo, że tam są wyspy, morze i statki – z każdą chwilą było mniej widać.

A tak wyglada zatoka jak świeci słońce:

Już snujemy plany o pobliskich wyspach, opactwach i kolacji w resteuracji, gdzie owoce morza przygotowuje Marcin. Do zobaczenia niebawem Mr Oban:)

m.





Kielce i okolice

6 07 2009

W Kielcach upał. Powietrze gęste, nieruchome. W sam raz na spotkanie przy szklance piwa. Skończyło się na 3. Dzbankach. :) Dzięki Mariusz.

Kielce bez zmian. Gdzieś zniknęła rudera, gdzieś pojawił się nowy hotel, ale ogólnie wrażenie małomiasteczkowości pozostało.

Wyruszamy na dwa dni za miasto. Góry Świętokrzyskie piękne jak zawsze. Baza noclegowa nijaka. Też jak zawsze. Zatrzymujemy się w Hotelu Ameliówka. Wspaniały widok na Radostową i przełom Lubrzanki. Ceny przystępne i profesjonalna obsługa. W pobliżu, niegdyś luksusowy, hotel Przedwiośnie. Załamuje się pogoda, wiec wybieramy się tam na basen. Mogłoby być lepiej. Dawno nieremontowane szatnie i zapyziałe prysznice, brudne okna. Nie bez powodu hotel stracił jedną gwiazdkę.

Wracamy do Kielc przez Ciekoty. Zalew zarośnięty trzciną, całe miejsce narodzin Żeromskiego porośnięte chwastami. Szkoda, że nikt nie ma pomysłu na to miejsce. Mało atrakcji w okolicach, a i o te ktore są nikt nie dba.

Pozytywna zmiana w Wilkowie. Gmina wybudowała bardzo ładny, kameralny zalew. Czyste parkingi, pachnące (!) toalety. I żadnego drogowskazu. Może się jeszcze kiedyś pojawią. Oby.

Przez Świętą Katarzynę wracamy do Kielc.





5 07 2009

Rano wyjeżdżamy w dalszą drogę do Polski. Podróż mija szybko, aż docieramy do kresu cywilizacji :/

Za mostem na Nysie Łużyckiej droga kończy się na przejściu granicznym. Dalej jakieś nędzne resztki autostrady z płyt, zbudowanej jeszcze przez Niemców w latach30. ubiegłego wieku. Cały samochód i nasze wnętrzności wpadają w nieprzyjemne wibracje. I tak przez 50 km.

Po drodze zjeżdżamy do Wrocławia, żeby odwiedzić przyjaciela w szpitalu. Wrocław widziany z samochodu sprawia kiepskie wrażenie. Rozpadające się kamienie, dziurawe, brukowane drogi. Rozkopane ulice. Dodatkowo nad miastem groamdzą się czarne chmury.

Kiedy wychodzimy ze szpitala rozpętuje się ulewa. Każda dziura w drodze zmienia się w małe jezioro. Marzymy tylko o jednym – wrócić na autostradę.

Na autostradzie okazuje się, że i autostrada miejscami jest podtopiona. Nie wygląda to najlepiej.

Umknęliśmy przed deszczem, ale nie przed głodem. Niestety nie jest łatwo znaleść coś dobrego na A4. Udało się dopiero w Gliwicach. Zjechaliśmy z autostrady do Restauracji Silvia. Piękne miejsce, choć trochę przestylizowane. Typowo po polsku: masa kwiatów, doniczkowych, plastikowych, złoto i tiule. Ale jedzenie i obsługa na 5+ Zjadamy po porcji pierogów “jak u mamy”. Trochę z boku, ale warto zjechać. Jedno zadziwienie: w karcie uwaga do klentów – przyjmować jedynie rachunki wydrukowane z kasy. Czyli szef nie ufa kelnerom??

Jedziemy dalej. W planach autostradą aż do Krakowa. Niestety gubimy się w jak zawsze rozkopanych Katowicach i trafiamy na ekspresówkę do Warszawy. W Siewierzu skręcamy na drogę do Kielc. Ta noc już w domu.





noc w Hanowerze

4 07 2009

Wrodzone lenistwo i typowo wakacyjne dolce far niente sprawiły, że to kolejny wpis zamieszczony po czasie.

Do Hanoweru dotarlismy późnym wieczorem. Na nocleg wybraliśmy sprawdzony już wcześniej w Berlinie Motel One. Niezły standard, dobre (czyli niskie) ceny. Niestety nie dany nam był odpoczynek. Okazało się, że nasz pokój nie zamyka się. Dziewczyna z recepcji rozbrajająco spytała: “Przeszkadza wam to? Jeśli tak to znajdziemy coś innego.” Oczywiście, że nam to przeszkadzało! W efekcie dostaliśmy pokój na 2 piętrze zamiast na parterze. Windy nie było.

Mimo późnej pory po prysznicu pojechaliśmy do centrum. Ciężko zwiedzać obce miasto bez mapy, ale i czasu było mało. Zobaczyliśmy tylko kilka ważniejszych miejsc. Samochód zaparkowaliśmy koło Muzeum Krajowego, tuż pod znakiem zakazu :) Mieliśmy nadzieję, że niemiecka policja wybaczy brytyjskim turystom i nie zawiedliśmy sie. Tuż obok muzeum w parku stoi malowniczy i bajkowo wyglądający w nocnym oświetleniu Nowy Ratusz. Obfotografowaliśmy go z każdej strony i ruszyliśmy tropem innych zabytów, tzn. szlismy gdzie w ciemności majaczyły wieże starych kościołów. Dotarliśmy na stare miasto, gdzie pośród brzydkich zabudowań powojennych można znaleźć równiez piekny gotycki Stary Ratusz i ciekawe kamieniczki. Tak pośród nocnego miasta dotrwaliśmy północy. Rano czekała nas dalsza droga musieliśmy więc skończyć zwiedzanie mimo świadomości, że widzieliśmy jedynie maleńki wycinek miasta. Warto wrócić.

w.





Jeśli dziś wtorek to jesteśmy w Belgii

4 07 2009

Tydzień mija pod znakiem słońca w zenicie. A jednocześnie ciągle gdzies czają się burze i ulewne deszcze. Podróż do Polski upłynęła zgodnie z wcześniejszymi planami. Spokojnie i bezboleśnie przejechalismy  Wyspę i pokonaliśmy Kanał. W Dover okazało się, że przyjechaliśmy 2 godziny wcześniej (zgodnie z rozkładem – wchodzenie na pokład) i popłynęlismy wcześniejszym promem. Nie żałujemy, bo jedyna atrakcja Dover czyli śnieznobiałe klify, była tego dnia “nieczynna”. Mleczna mgła skutecznie skrywała nie tylko port ale i morze. Dopiero w połowie drogi ustąpiła i chwilę później pojawiło się wybrzeże Francji. Port w Dunkierce gdzie przybiliśmy nie sprawia najlepszego wrażenia. W zasadzie to typowy port towarowy z masą żurawi, suwnic i kontenerów plus droga na prom. Po zjechaniu z promu złapaliśmy głeboli oddech i zaczęła się jazda prawą stroną drogi. Każde rondo i skrzyżowanie wymagało skupienia, żeby wjechać w odpowiednią stronę. Cóż, zeszkocieliśmy już trochę.

Droga przez Francję minęła szybko, a potem Belgia, Holandia i Niemcy. Autostrady niezmiennie dobre, więc droga mijała błyskawicznie. Na parkingu w Belgii zatrzymał się koło nas samochód i siędzący koło kierowcy facet poprosił nas o pomoc. Powiedział, że nie ma pieniędzy ani paszportu i może nam dać swoje “złote” sygnety w zamian za pieniądze… Skąd my to znamy?…

Nasza dobroczynność nie jest równa naszej głupocie – zasunąłem okno i pojechaliśmy dalej. W połowie trasy czekał na nas Hanower i zamówiony nocleg.

w.





Europa…

26 06 2009

Oj jak dawno nic nie pisalismy… Chyba bedzie to jednak blog o wyjazdach, a moze coś wiecej? I tak właśnie na horyzoncie podróż przez Europę do Polski i tygodniowy powrót:) Dziś już wyjeżdżamy do Newcastle, potem Londyn, Dover i Hanower a w drodze powrotnej mamy ochote na kilka stolic Europejskich. Wszystko wyjdzie w praniu:)

m.





Wielkie Koło w Falkirk

13 06 2009

Do Falkirk wybieraliśmy się od dawna i jak to bywa z każdym bliskim miejscem nie mogliśmy się wybrać. Dzięki odwiedzinom mojego kuzyna udało sie wreszcie tam dotrzeć. Falkirk leży na skrzyżowaniu dwoch kanałów: Forth and Clyde Canal i Union Canal. Dzieki swemu położeniu miasto miało swoje złote lata w okresie rewolucji przemysłowej. Obecnie Falkirk sławne jest z Wielkiego Koła (nie wiem czemu idiotycznie nazywanego w polskich źrodłach Diabelskim Młynem z Falkirk). Różnica poziomów pomiędzy oboma kanałami wynosi 24 metry i poprzednio połączone były one 11 śluzami. System śluz popadł w ruinę w latach 30. ubiegłego stulecia. W ramach obchodów Millennium zbudowano Wielkie Koło czyli obrotową windę podnosząca barki i lączacą kanały. Odnowiono wtedy takze same kanały i odrestaurowano Kanał Millennium płynacy przez Edynburg. Dzieki temu możliwa jest podróż po Szkocji drogą wodną. Samo Koło mozna zwiedzać a także skorzystać z krótkiej przejażdżki barką. Warto. koło oglądane z zewnątrz robi ogromne wrażenie, ale siedzenie w łodzi, która podnosi się windą wraz z kanałem robi niesamowite wrażenie. Do tego trzeba dodać prezentację multimedialna pokazującą samą historie Kanału i szczegóły techniczne Koła oraz super przewodników prowadzących mini show na pokładzie.

Pogoda wspaniała, dookoła soczysta zieleń i w powrotnej drodze grill z widokiem na pałac w Lintlisthow. Czego chcieć więcej?

w.





Bangkok

20 04 2009

Nie pisalismy od piatku kiedy to opuscilismy Hua Hin po slodkim leniuchowaniu. Tym razem w Bangkoku zatrzymalismy sie w dzielnicy Silom. Nasz przyjaciel polecil nam to miejsce – sam tam mieszka. To typowy 35 pietrowy budynek, gdzie sa mieszkania, apartamenty, biura. My wyladowalismy na najwyzszym pietrze – 34. Ponad nami tylko ogrod na dachu i sala konferencyjna. Widok z okna zapieral dech w piersiach. Oczywiscie kiedy jechalismy winda po raz pierwszy przypomnialy mi sie filmy typu: “Szklana pulapka”, “Plonacy wiezowiec”.

To co dzialo sie przez nastepne 3 dni ciezko tu opisac bo bylo tego strasznie duzo i bardzo intensywnie. Napewno musimy juz w Szkocji odespac ten czas. Dyskoteki, nocne zakupy, sauna, basen, drinkowanie do rana…

Poznalismy tez rodzine Serna – tak ma na imie nasz znajomy – jego siostre, jej corke, kuzynostwo. To bylo niesamowite doswiadczenie tego wyjazdu. Moglismy przez 3 kolejne dni spedzic z nimi wiekszosc czasu. Pojechalismy drugiego dnia do Pataya na koncowke swieta Songkran. Byl to dwudniowy Armagedon. :) Kupilismy beczke na wode i tak wyposazeni 2 dni polewalismy sie woda. Na ulicach panowalo istne szalenstwo. Zdjec nie bedzie za duzo bo nic nie mielismy suchego, wiec aparat fotograficzny tez by nie przezyl. Kolejny plus takiego wyjadzu to wspolne jedzenie, a raczej biesiadowanie. W europejskiej kulturze kazdy musi miec swoj talerz, porcje. Tu zamawia sie 10-15 dan i kazdy skubie sobie ze wspolnego polmiska. Doswiadczylismy roznych smakow, kombinacji. Jedno trzeba im przyznac to zarloki! Jedza bardzo czesto, ale glownie zielenine. Byl to orgazm w gebie. Tak siedzielismy, jedlismy, popijalismy i czas moglby stanac w miejscu. Czas tu zupelnie inaczej plynie, inne rzeczy sa wazniejsze dla Tajow, inna maja wizje swiata.

Zdjecia i moze jakies refleksje powyjazdowe napewno sie pojawia po naszym powrocie do Szkocji.

Coz pora ruszac za chwile na lotnisko. Siedzimy wlasnie u Serna w mieszkaniu- jakies 25 pieter nizej. Malo go znamy, a zostawil nam klucze do swojego mieszkania i wyszedl na jakies spotkanie. To co dobrego nam sie chyba przydazylo to mozliwoswc poznania tak wspanialego czlowieka.

Do zobaczenia Tajlandio:)





plaza…

16 04 2009

Plaza, zakupy, rybka na pomoscie wieczorna pora, piwko, 7 prysznic tego samego dnia zeby czuc sie swiezo, kolejne wejscie do cieplutkiego morza, zakupy na nocnym bazarze….

Tak minal nam wczorajszy i minie zapewne dzisiejszy dzien. Dzis kupilismy bilety do Bangkoku na jutro i zacznie sie ostatni etap tego wyjazdu. W stolicy czeka nas jeszcze troszke bo mamy sie spotkac ze znajomymi, wybieramy sie na wieksze zakupy i zapewne zleci:)

A teraz czas na plazowanie…

m.