powrót

12 11 2011

Wróciliśmy. Po długim locie z Delhi do Newcastle wrócilismy do Szkocji. Powitała nas złota jesień. Pomału wracamy także do rzeczywistości. Układa nam się w głowach to co widzieliśy i przeżyliśmy w Indiach. Po pierwszym zmęczeniu i zniechęceniu zaczynamy dostrzegać więcej dobrych rzeczy. Zmęczył nas tłum i ciągła walka o wszelkie rzeczy. Od kupna znaczków po zamówienie śniadania w restauracji. Nic nie jest tam proste. Ale ludzie, których spotkaliśmy i bliżej poznaliśmy byli naprawdę cudowni. Więc chyba jednak tam wrócimy :)

Ciągle jeszcze nie mieliśmy czasu policzyć ile wydaliśmy, ile nas kosztowały Indie, ale wreszcie są zdjęcia.

w.

zdjęcia





niewidzialne miasta

4 11 2011

Kiedy kilka lat temu Jacek zaprosił nas do Niemiec zabrał nas do Frankfurtu żeby pokazać nam tamtejsze drapacze chmur. Niestety. Śnieżyca i mgła sprawiły, że nie widzieliśmy niczego i musieliśmy uwierzyć jego słowom, że gdzieś tam, za tą bielą chowa się „Manhattan”.

Takie same odczucia mieliśmy w Agrze. Zanieczyszczenie powietrza, spowodowane przez przemysł, sprawia, że widoczność spada do kiludziesięciu metrów. Wspaniałe Taj Mahal i inne budowle ogląda się jak przez mleczną szybę. Dopiero podejście bliżej pozwala cieszyć się ich pięknem. Podobnie, jeśli nie gorzej wygląda Delhi. Wspaniała aleja Rajpath, łącząca wielką Bramę Indii z Pałacem prezydenckim ma około dwóch kilometrów. Po obu stronach posadzono drzewa i zbudowano sadzawki. Niestety wszystko ginie w smogu. Niegdyś wspaniały widok kończy się po kilkuset metrach. Co ciekawe, żeby ograniczyć zanieczyszczenie, władze Delhi wprowadziły zakaz palenia w miejscach publicznych… Nie pomogło. Fabryki, samochody, motoriksze i dieslowskie generatory prądu robią swoje. Ciężko zachwycać się pieknem, kiedy nie można nawet oddychać. Aparat nie łapie ostrości za to oczy łzawią. Przydałby się bar tlenowy dla odtrucia organizmu.

w.





miłość po grób

2 11 2011

Dawno, dawno temu żył sobie król. Miał kraj, poddanych i był obrzydliwie bogaty. Miał dużo i los dał mu jeszcze więcej. Dał mu to czego ludzie dawno temu i dziś i jutro będą pragnąć i szukać – MIŁOŚĆ. Miał żonę z którą spedził 17 lat. Pewnie jak to w życiu bywa mieli i lepsze i gorsze dni. Bogactwo jakie posiadali i pozycja społeczna jaką zajmowal pewnie też im pomagała i mieli inne powody do zmartwień niż ich poddani. Posiadali już dzieci jednak żona króla spodziewała się kolejnego dziecka. Czekali na nie z utęsknieniem. Tak to jednak w życiu bywa, że nie zawsze dostajemy to co byśmy chcieli od życia. Często to co mamy nie cenimy, a spodziewamy się więcej zupełnie w innym miejscu. Może i tak podchodził do życia król, bo to zupełnie ludzki sposób myślenia. Pewnie z okna swego pałacu widział nowe podbite ziemie, rozwój królestwa, swoich potomków na tronie, długie i dostatnie życie. Pewnie marzył o zestarzeniu się u boku ukochanej i nie przyszło mu do głowy, że coś może nie wyjść w tych planach.

Nie wyszło jedno – inaczej się potoczyło. Kiedy król czekał już na ogłoszenie światu narodzin kolejnego potomka, kiedy zebrali się wszyscy doradcy i napięcie oczekiwań siegneło zenitu, królowa zmarła przy porodzie…

Co jest w życiu ważne jeszcze kiedy odchodzi ukochana osoba? Po co jeszcze zmagać się z życiem skoro sens jego odszedł? Długie nieprzespane noce; zadawanie pytania – dlaczego? Łzy, może myslenie, że samemu też chiałby umrzeć. Można tylko próbować poczuć to, co czuje człowiek, który stracił ukochaną.

Postanowił zbudować jej grób. Taki jakiego świat do tej pory nie widział  i wspanialszy niż mieli do tej pory władcy. Zasługiwała na pałac, ale nie tak banalny jakie budowano w świecie do tej pory. Zatrudnił 20 tys budowniczych. Posłał też po najlepszych projektantów i dekoratorów w okolicy, ale także do Europy. Mieli stworzyć coś, co będzie zapierało dech w piersiach u potomnych, a taki zwykły człowiek stanie, zobaczy i powie „o kur…a” zanim nasuną się głebsze porównania i wyszukane słowa.

Budowali ponad 22 lata. Udział w tworzeniu tego cudu kosztował ich obcieciem dłoni bądź kciuka – żeby nie mogli tego powtórzyć w przyszłości. Wszystko było symetryczne, przemyslane, wyliczone. Powstał kunszt harmonii i piękna. Wtedy mogła spocząć tam królowa na wieki. Leży tam do dziś a obok niej – co psuje nieco zaplanowany porządek – jej małżonek. Jego grób obok ukochanej zepsuł ten porządek, ale czy jest lepsze miejsce dla niego?

Na marginesie – król nie miał łatwego życia po wybudowaniu grobowca dla żony, bo syn odsunął go od władzy i wtrącił do więzienia w pobliskim forcie, skąd przez okna mógł patrzeć na miejsce pochówku żony – ale to już inna historia.

Miejsce to znają chyba wszyscy. To coś co jest wizytówką Indii i jednym z cudów świata. To Taj Mahal. Nie potrafię opisać tego co widziałem. Zdjęcia – nie oddadzą tego, może troszkę przybliżą. Miliony ludzi ciagną tam każdego roku, żeby choć chwilę pobyć w tym magicznym miejscu.

Oczywiście można popatrzeć na to jak na budowlę, zrobić kilka fotek. Dla mnie ważnym było jeszcze dotknięcie wspaniałości jaką człowiek może uczynić kiedy kocha.

m.





kupowanie znaczków

1 11 2011

W Indiach nic nie jest proste. Przy każdym meldunku w hotelu wypełniane są niezliczone ilości formularzy, odpowiadamy na niezliczoną ilośc pytań. Przy korzystaniu z internetu musimy okazać paszport, z którego dane są spisywane. Kiedy wchodzimy do Taj Mahal jeden z pilnująch odbiera od nas bilety i podaje koledze. Ten odrywa kupon, kasuje bilety specjalnym dziurkaczem, a potem jeszcze stempluje. Dlaczego zatemm, w swej naiwności sądziliśmy, że kupienie znaczków na pocztówki może być łatwe?

Znalezienie poczty w Agrze nie było trudne, schody zaczęły się wewnątrz. Oczywiście, pomimo, że Agra to miejsce bardzo turystyczne wewnątrz poczty nie ma żadnych informacji po angielsku. Popatrzyliśmy z głupimi minami po sobie, kiedy podszedł do nas facet i zapytał po angielsku: znaczki? I zaprosił nas wprost do pokoju naczelnika. Po paru minutach pan naczelnik skończył rozmawiać przez telefon i zajął się nami. Spytał ile tych kartek i dokąd. Niestety nie uwierzył na słowo i kazał sobie je pokazać. Policzył, zadzwonił po kogoś. Przyszła kobieta, potem kolejna. Zrozumieliśmy, że nikt w zasadzie nie wie ile kosztują znaczki do tach egzotycznych krajów jak Polska i Wielka Brytania. Wezwano kolejną panią. W szczycie obsługiwało nas 5 osób. Podawali sobie nasze kartki wesoło komentując obrazki i probując czytać co napisaliśmy. Byłem dziwnie spokojny. Podano nam wodę więc miałem czym się zająć. Atmosfera robiła się groteskowa. W końcu ustalili, że jeden znaczek kosztuje 25Rs. Pani przyniosła znaczki, pan naczelnik wziął pieniądze. Miałem nadzieję, że to już koniec. Dadzą nam znaczki i sobie pójdziemy. Niestety nie. Naczelnik z dumą wykopał z dna szafy tubę kleju i miła pani zaczęła naklejać znaczki. Na każdej kartce po trzy. Różnie jej to wychodziło. Ja dostałem z tego wszystkiego głupawki i zacząłem się śmiać. Na szczęście mogłem się schować za szklanką z wodą. Nakleiła. Pan Naczelnik podał nam żebyśmy sprawdzili, że rzeczywiście kosztują 25Rs i każdy ma znaczek. Zgadzało się. Naczelnik odebrał z dumą kartki i zaproponował nam kawę. Niestety odmówiliśmy. Wysłanie 10 kartek zajęło nam 40 minut, a Taj Mahal czekał.

Ciekawe czy wogóle dojdą. Nie miałem odwagi zapytać czy to poczta lotnicza. Może trzeba by dokupić kolejne znaczki?

w.





noc na pustyni

30 10 2011

Jeszcze przed wschodem słońca Jaisalmer przywitał nas zimnem. Wyjechał po nas Shiva, znajomy Haalaya, którego poznalismy też przez Couch Surfing. Zabrał nas do siebie do hotelu. Było wcześnie więc goście jeszcze spali i nie było wolnego pokoju. Zaprowadził nas do kawiarni na dachu hotelu, tam były materace, spiwory. Miejsce nas odrazu urzekło.

Sam hotel mieści się w forcie. To jedna z tych fortec, które nie są tylko muzeami, ale nadal tętnią życiem. Wschód słońca, śpiewy dochodzące o świcie z minaretu i ze świątyń hinduskich były cudnym przywitaniem dnia. Kawa z mlekiem i kardamonem dopełniła tylko nasze doznania.

Po śniadaniu poszlismy obejrzeć Pałac Macharadżdży. Był ładny, położony centralnie w forcie, jednak TŁUM ludzi a dokładniej ujmując Indusów troszkę popsuł doznania. Bikaner nas rozpieścił prawie całym fortrm dla nas bo mało było zwiedzających. Pałac ładny ale nie powala, a zapach odchodów nietoperzy w części sal sprawia, że wycieczka szybciej się skończyła.

Jaisalmer jednak jest bez wątpienia perełką Indii. Większość zwykłych domów ma przepiekne zdobienia – koronki w piaskowcu. Miasto nosi nazwę złotego i naprawdę na nią zasługuje.

Popołudniu zdecydowalismy wybrać się na zorganizowaną wyprawę na pustynię na najbliższą noc. Cena nie była zbyt niska, ale za to byliśmy tylko my i dwóch przewodników. Najpierw ponad godzinę jechalismy jepem w stronę granicy z Pakistanem. W jakiejś dziczy, gdzie dookoła już było widać pustyne wyłacznie klimaty wyrosła przed nami jakaś osada. Tu nastąpiła przesiadka na wielbłądy. Przewodnicy – jak się okazało dwaj chłopcy ze wsi (najpierw budziło to naszą wątpliwość co do ich odpowiedzialności, ale okazali się naprawdę profesjonalni) – załadowali jedzenie, koce i ruszyliśmy w głąb pustyni. Pustynia kojarzy się z piaskiem, piaskiem i piaskiem. Te na pograniczu indyjsko-pakistańskim są nieco inne. To bardziej step. Jednak po godzinie jazdy na wielbłądzie dojechalismy do wydm – sam żóły piasek, zachód słońca i nasze miejsce za wydmą na nocleg. My robiliśmy zdjęcia, a przewodnicy rozbijali obóz. Trzeba było przygotować posłania, ognisko, posiłek i przygotować wielbłądy na noc. Nie mogą być blisko siebie bo by sobie przeszkadzały leżąć na bokach. Zresztą mój, któremu nadałem imię Rembrandt wyjątkowo lubił leżeć na boku i tarzać się w piachu. Nie ma też na pustyni misy z wodą, żeby je napoić więc jeden z przewodników trzymał pysk wielbłąda, a drugi nalewał z butelki wodę. Im bliżej równika tym słońce szybciej zachodzi. W kilka chwil po wielkiej czerwonej tarczy nie było śladu i poteżniała ciemność. Zanim pojawiła się pierwsza gwiazda już popijaliśmy herbatę, a za chwilę siedząc przy ognisku przewodnicy gotowali najpierw warzywa, a potem wyrabiali ciasto i piekli na ognisku chlebki. Jedzenie pychota. Piwko też się znalazło dla nas i owoce na deser. Przejedzeni przyglądaliśmy się jak myje się naszynia na pustyni – poprostu piachem. Potem była chwila śpiewów przy ognisku i zaczęła się uczta dla oczu i ducha. Nad nami pojawiło się miliony gwiazd. Zupełna ciemność dookoła powoduje, że to co niewidzialne staje się widoczne. Księżyca też nie było. Leżymy pod kocami w oczyma wpatrzonymi w niebo, gadamy, odróżniamy lecące gdzieś nad nami ok 12 km samoloty, szukamy dużego wozu, małego, pasu oriona. Oczy się zamykają, a chiałbym patrzeć cały czas. Spada pierwsza gwiazda, życzenie, oby się spełniło… Potem druga, trzecia, czwarta – tu można mieć wiele życzeń…

Wiele razy budziłem się w nocy, żeby tylko popatrzeć. Cisza zupełna, wielbłody się rozeszły po okolicy, zimno…

To było jedno z piękniejszych doświadczeń w naszym życiu, warte nawet obolałego tyłka przez jazdę na wielbłądzie.

m.





świątynia szczurów

28 10 2011

Przez zawirowania biletowe i rozmytą odpowiedzialność, kto za co odpowiada w ostatnim hotelu przyszlo nam jechać pociągiem w dzień. Jak się okazało nie było tak źle, bo pociąg o dziwo był pusty i mogliśmy się wyciągnąć na naszych siedzeniach. Tereny to pustynne więc najpierw w ruch poszły mokre chusteczki, żeby warstwę kurzu zetrzeć. Na dworcu czekał na nas Abhi ze swoim kuzynem. Wiedzielismy, że czlowiek nas goszczący ma 16 lat i prowadzi couch surfing ze swoim 10 letnim bratem. Dopytywaliśmy poprzednich gości bo ten ich wiek nas troche przerażał. Dokładnie tak jak wszyscy nam pisali – chłopaki jak na swój wiek są bardzo dojrzali i odpowiedzialni. Zaprowadzili nas najpierw do hotelu swojego wujka, który znajduje się w pobliżu stacji kolejowej i ich domu. Po odpoczynku krótkim przyszedł młodszy z chłopaków – Abhishake. To on zajmuje się całą stroną formalną w hotelu. Przyniósł formularze meldunkowe, zrobił kopie paszportów. Chłopaki kolekcjonują monety i banknoty – o czym byliśmy uprzedzeni przez innych u nich goszczących. Dostali całe pudełko monet i banknotów od nas. Poszliśmy do nich do domu i tam poznaliśmy ich mamę. Naprawdę wielką przyjemność przez cały pobyt w Bikanerze sprawiało nam obserwowanie, jak bracia do siebie się odnoszą i do mamy. Są bardzo ciepła, kochającą się rodziną. Nie poznalismy tylko taty. Mama chłopaków zapowiedziałą kolację, zatem odrazu ruszylismy przed nią na zwiedzanie kilku świątyń bo właśnie był już zachód słońca. Na małej przestrzeni znajduje się kilka przepieknych świątyń. Można się pogubić w zwyczajach – wszędzie buty należy zdjąć, ale w jednej nie można skarpet mieć, w innej pasków, wody, a w innej robić zdjęć. Mamy jednak przewodnika, który szalał jak to dzieciak po światynnych dziedzińcach co i nam się udzieliło. Każdy dzwon musiał być zaliczony. On z rozbiegu bo mały i musiał doskoczyć, żeby w nie uderzyć. My mieliśmy je na wyciagnięcie ręki. Chłopaki ustalili, że dziś młodszy nas oprowadza, a jutro starszy zabierze nas do świątyni szczurów.

Zapadał wieczór, trwały modlitwy i śpiewy. Miasto nadal oświetlone było setkami oliwnych lampek. Jadąc w rikszą rozmawialiśmy o tym, że to miasto ma jakiś czar i warte było przyjechania. Czekała nas jeszcze rodzinna kolacja. Ludzie którzy nas zaprosili żyją skromnie, ale była to doskonała okazja do poznania prawdziwych Indii. Dla chłopaków były cukierki i inne gadżety ze Szkocji a dla pani domu maślane ciasteczka rodem z Edynburga. Na łóżkach chłopaków wylądowała gazeta, która robiła za obrus, a my wszyscy siedliśmy dookoła. Ojciec był zajęty ale była za to chyba jakaś ciotka. Jedzenie było pyszne i tradycyjne w tej części Indii. Oczywiście nie zabrakło słodkości na koniec. Jeszcze moglibyśmy siedzieć, ale oczy się nam już zamykały ze zmęczenia.

Rano ze starszym z chłopaków pojechaliśmy do Deshnok – 32 km od Bikaneru. Dojechaliśmy tam pociagiem, ale jeżdżą też tam autobusy. Znajduje się tam słynna świątynia szczurów, którą chieliśmy zobaczyć. Po 30 minutach jazdy pociagiem, zanim weszliśmy na teren świątyni poszlismy zjeść śniadanie. Dobrze, że był Abhi bo menu nie było w j. angielskim. Dzięki niemu zjedliśmy pyszne pao baji. Jak się okazało światynia była obok. Dla bojących się chodzenia bosą stopą po odchodach szczurów, gołebi i resztkach jedzenia dla nich jest dobra wiadomość. Za drobną opłata dla pilnujących obuwia rozdawane są czyste pokrowce na stopy. Uzbrojeni w te atrybuty tak ważne dla zachodniego gatunku ludzi ruszyliśmy przez bramę do światyni. Już sama brama imponująca. Niektórzy porównują jej zdobienia do tej z Taj Mahal. Zobaczymy wkrótce. Dalej już dziedziniec i szczuryyyyyyyyyyyyyyyyy. Małe, duże, szybkie, powolne. Nie zainteresowane ludźmi zbytnio i przyzwyczajone zapewne do tłumów. Stadami siadały przy misach z wodą i mlekiem. Niektórzy też sypali im jakieś pyszności. Liczba ich jednak nie była tak powalająca jak sobie wyobrażałem. Sądziłem, że będą się aż kłębić. Białego szczura, który przynosi szczęście niestety nie spotkaliśmy.

Droga powrotna w ciasnym autobusie z tłumem ludzi była mało przyjemna, ale mieliśmy miejsca siedzące. Przyglądanie się tłumu nam i komentowanie każdego naszego ruchu, przestało nam już dawno przeszkadzać. W tym kraju jeśli ktokolwiek chiałby poczuć trochę prywatności np. przy bankomacie, sprawdzając stronę internetową może być dalece rozczarowany. Nie wiem jak tłumaczyć to ich przyglądanie się i komentowanie – bo to bez wątpienia się odbywa. Cały tłum nagle wybucha śmiechem jak jeden z nich wskazujac na nas palcami coś mówi. Może ciekawością? Kiedy to zaczyna wkurzać to przechlapane bo jak dotąd nie uciekliśmy od tych spojrzeń.

Po dojechaniu poszliśmy do fortu. Tu naprawdę miła niespodzianka. Fort naprawdę piękny i mało turystów. Wspaniale dekorowane wnętrza – chyba najlepsze jak dotąd. To jedno z miejsc obowiązkowych w Bikanerze. Po kilku godzinach ruszyliśmy pieszo do domu przez miasto. Potem tylko odpoczynek, obiadek i ruszyliśmy koło 21 na autobus do Jaisalmeru. Dostaliśmy miejsca leżące. Autobus ma jakby 2 poziomy: po jednej stronie są 2 fotele a po drugiej 1 fotel. Nad nimi sa zamykane – zasuwane kabiny 2 lub 1 osobowe z materacami. Można się do nich dostać po drabinkach. Oczywiście te leżące są nieco droższe, ale można się wyspać i nawet plecaki się z nami zmieściły.

Zatem żegnaj Bikanerze i w nocną drogę do krainy rodem z Baśni z tysiąca i jednej nocy…

m.








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.