Jeszcze przed wschodem słońca
Jaisalmer przywitał nas zimnem. Wyjechał po nas Shiva, znajomy Haalaya, którego poznalismy też przez Couch Surfing. Zabrał nas do siebie do hotelu. Było wcześnie więc goście jeszcze spali i nie było wolnego pokoju. Zaprowadził nas do kawiarni na dachu hotelu, tam były materace, spiwory. Miejsce nas odrazu urzekło.
Sam hotel mieści się w forcie. To jedna z tych fortec, które nie są tylko muzeami, ale nadal tętnią życiem. Wschód słońca, śpiewy dochodzące o świcie z minaretu i ze świątyń hinduskich były cudnym przywitaniem dnia. Kawa z mlekiem i kardamonem dopełniła tylko nasze doznania.
Po śniadaniu poszlismy obejrzeć Pałac Macharadżdży. Był ładny, położony centralnie w forcie, jednak TŁUM ludzi a dokładniej ujmując Indusów troszkę popsuł doznania. Bikaner nas rozpieścił prawie całym fortrm dla nas bo mało było zwiedzających. Pałac ładny ale nie powala, a zapach odchodów nietoperzy w części sal sprawia, że wycieczka szybciej się skończyła.
Jaisalmer jednak jest bez wątpienia perełką Indii. Większość zwykłych domów ma przepiekne zdobienia – koronki w piaskowcu. Miasto nosi nazwę złotego i naprawdę na nią zasługuje.
Popołudniu zdecydowalismy wybrać się na zorganizowaną wyprawę na pustynię na najbliższą noc. Cena nie była zbyt niska, ale za to byliśmy tylko my i dwóch przewodników. Najpierw ponad godzinę jechalismy jepem w stronę granicy z Pakistanem. W jakiejś dziczy, gdzie dookoła już było widać pustyne wyłacznie klimaty wyrosła przed nami jakaś osada. Tu nastąpiła przesiadka na wielbłądy. Przewodnicy – jak się okazało dwaj chłopcy ze wsi (najpierw budziło to naszą wątpliwość co do ich odpowiedzialności, ale okazali się naprawdę profesjonalni) – załadowali jedzenie, koce i ruszyliśmy w głąb pustyni. Pustynia kojarzy się z piaskiem, piaskiem i piaskiem. Te na pograniczu indyjsko-pakistańskim są nieco inne. To bardziej step. Jednak po godzinie jazdy na wielbłądzie dojechalismy do wydm – sam żóły piasek, zachód słońca i nasze miejsce za wydmą na nocleg. My robiliśmy zdjęcia, a przewodnicy rozbijali obóz. Trzeba było przygotować posłania, ognisko, posiłek i przygotować wielbłądy na noc. Nie mogą być blisko siebie bo by sobie przeszkadzały leżąć na bokach. Zresztą mój, któremu nadałem imię Rembrandt wyjątkowo lubił leżeć na boku i tarzać się w piachu. Nie ma też na pustyni misy z wodą, żeby je napoić więc jeden z przewodników trzymał pysk wielbłąda, a drugi nalewał z butelki wodę. Im bliżej równika tym słońce szybciej zachodzi. W kilka chwil po wielkiej czerwonej tarczy nie było śladu i poteżniała ciemność. Zanim pojawiła się pierwsza gwiazda już popijaliśmy herbatę, a za chwilę siedząc przy ognisku przewodnicy gotowali najpierw warzywa, a potem wyrabiali ciasto i piekli na ognisku chlebki. Jedzenie pychota. Piwko też się znalazło dla nas i owoce na deser. Przejedzeni przyglądaliśmy się jak myje się naszynia na pustyni – poprostu piachem. Potem była chwila śpiewów przy ognisku i zaczęła się uczta dla oczu i ducha. Nad nami pojawiło się miliony gwiazd. Zupełna ciemność dookoła powoduje, że to co niewidzialne staje się widoczne. Księżyca też nie było. Leżymy pod kocami w oczyma wpatrzonymi w niebo, gadamy, odróżniamy lecące gdzieś nad nami ok 12 km samoloty, szukamy dużego wozu, małego, pasu oriona. Oczy się zamykają, a chiałbym patrzeć cały czas. Spada pierwsza gwiazda, życzenie, oby się spełniło… Potem druga, trzecia, czwarta – tu można mieć wiele życzeń…
Wiele razy budziłem się w nocy, żeby tylko popatrzeć. Cisza zupełna, wielbłody się rozeszły po okolicy, zimno…
To było jedno z piękniejszych doświadczeń w naszym życiu, warte nawet obolałego tyłka przez jazdę na wielbłądzie.
m.
55.975870
-3.177544